W samej bieliźnie na ziemię niczyją

Zawsze myślałam, że obszar debat na temat naturalnych i „odmiennych” sposobów dbania o zdrowie jest jak ziemia niczyja – nie wiadomo, skąd i kiedy zaczną strzelać. Trochę jak fundamentalistyczne dwa ognie, które wymknęły się ogólnie przyjętym regułom gry. Zamiast argumentami, uczestnicy rzucają figurami retorycznymi i środkami artystycznego wyrazu – ciemnogród, sponsorowani oszuści i takie tam. Dlatego nie pałałam chęcią dołączenia do debaty nawet metaforycznie. A tu ze zdumieniem odkryłam, że Internet aż roi się od zrównoważonych wypowiedzi i wartościowych dyskusji. Fajnie.

Pierw cytacik. No mam sentyment do tego kawałka, wielki … Nori życzliwie podpowiedziała, że to pewnie ze względu na pesel.

„Życie jest formą istnienia białka,
ale w kominie coś czasem załka.
Czasem coś świśnie, czasem coś gwiźnie,
coś się pokaaaże w samej bieliźnie.
Oj, dana.”
Skaldowie, Agnieszka Osiecka

Człowiek jest całością, działającą na wielu poziomach. Stanowi system złożony, którego właściwości nie chcą być zwyczajną sumą właściwości części składowych. Poszczególne części współdziałają ze sobą w sposób skomplikowany, nieliniowy. Jest ciało, umysł, wiedza. Jest też wiara i Wiara. Każdy człowiek chce żyć i przeżyć, i będzie szukał pomysłów na życie i przeżycie gdzie się da. Będzie niestrudzenie szukać odpowiedzi na dręczące go pytania, pragnąc życia bez bólu i strachu. A następnie będzie kolekcjonować mniej i bardziej trzeźwe pomysły w bibliotece swojego doświadczenia.
I taki człowiek jest odrębną skomplikowaną całością, ze swoim obrazem świata i doświadczeniem, które sobie uciułał przez całe życie. Dlatego, jeśli chcesz się z człowiekiem obchodzić, to zachowuj otwarty umysł. Pamiętając, niezmiennie, żeby ci mózg przy tym nie wypadł.

Jeśli chodzi o niezwykłe metody powracania do dobrostanu, to chętnie dzielę się wspomnieniem, które bawi wszystkich równo. Jak to lata temu ze skręconym kolanem siedziałam u chirurga, który bez zbytniego przekonania przepisywał mi na moje wyraźnie życzenie zastrzyki homeopatyczne zamiast sterydów.
– No, bo z tą homeopatią to ja pani powiem tak. Jakby do wiadra pełnego wody wlać kroplę wódki, i ja bym wziął z tego wiadra parę kieliszków i bym się upił – to wtedy uwierzę w tę homeopatię.
😀 😀
Wiara to jedno, a obserwacje i doświadczenie to drugie. Ostrożnie wypróbowuję rozmaite ciekawe metody na zdrowostan, często najpierw perfidnie przyglądając się jaki mają wpływ na moich kochanych bliższych i dalszych znajomych. Homeopatia pomagała mi tylko przez krótki czas, ale widzę na własne oczy wyraźnie korzystne skutki u ludzi, którzy ją stosują, więc fajnie, że mają pomysł na swój dobrostan. Dla humoru dorzucę, że wszelkie preparaty witaminowo minerałowe okazały się dla mnie bardzo niekorzystne, probiotyki mi kiedyś techno party we środku urządziły, a po próbach witaminizowania się jakże zdrowymi owockami zlądowałam na SORze. Ale są ludzie, którzy z tych kuracji są zadowoleni i szlus. Jest takie klawe angielskie powiedzonko: “one man’s meat is another man’s poison”, co w tutejszym kontekście można przełożyć: co jednemu pomoże, drugiemu zaszkodzi. Nie mogłam się powstrzymać i wrzuciłam angielski tekst w tłumacza wujka Gugla. Jest niezawodny, niezawodnie doprowadza mnie do łez, ze śmiechu lub wzruszenia. I otrzymałam bardzo chwalebne przesłanie anty kanibalistyczne: „mięso jednego człowieka jest trucizną innego człowieka”. Słusznie.

W każdym razie, człowiek jest właścicielem swojego ciała, zdrowia i umysłu. Dopóki nie stanie się niebezpieczny dla otoczenia (np., załapie upierdliwego wirusa i stanie się tym samym nieumyślną bronią biologiczną, kwalifikującą się do kwarantanny) sam podejmuje decyzje dotyczące swojego zdrowia i ponosi wszelkie tego konsekwencje. Niemniej, pozwolę sobie tak po bratersku i siostrzeńsku zachęcić cię, drogi człowieku – nie czekaj, chodź do lekarza, badaj się. Gdyby nie medycyna, co najmniej 50% z nas by tu nie było. Pewnie byście nie czytali tego blogfolio, lub ja bym go nie pisała. A jeśli chcesz wypróbować jakiś atrakcyjny sposób na zdrowie, konsultuj to ze specjalistą. Specjalista nie wzbudza zaufania? Zdarza się, szukaj innego. Życie nie jest proste.

Ludziom, którzy myślą, że nigdy nie jest za późno zatroszczyć się o zdrowie, dedykuję fragment mojego ukochanego wiersza Jerzego Jurandota:

„Raz wybuchł pożar w kinie.
Ktoś krzyknął: – „Głupstwo! Minie!”
Więc wszyscy uwierzyli.
I wszyscy się spalili.
– Aaa, niedobrze, panie Bobrze!”

Dla mnie weryfikacja skuteczności sposobu przywracania równowagi i dobrostanu jest stosunkowo prosta: badania i diagnoza medyczna przed i po. W następnej kolejności samopoczucie i inne cuda.
Jak powiedział mój ginekolog:
– I to właśnie pani pomaga?
– No tak.
– To niech pani to bierze.
Są jeszcze możliwe długofalowe skutki uboczne, ale wszystkiego nie da się przewidzieć i często gęsto dopiero po upływie dziesięcioleci wiadomo, jakie niefajne niespodzianki niesie ze sobą stosowanie jakiegoś preparatu, trudno. Niemniej logiczne wydaje się, że drastyczne dawki jakiekolwiek substancji mogą rozchwiać równowagę w naszym cudnym ciałku. I nawet jeśli pomogą w jednym miejscu, to w drugim narobią niezłej siary. Nasz znakomity szczeciński autorytet onkologiczny potwierdził, między innymi, że selen w nadmiarze sprzyja nowotworom. Taki ciekawy zbieg okoliczności miał miejsce u nas, chyba niejeden, że babeczki wykrywały u siebie nowotwór kilka lat po intensywnym traktowaniu pewnej choroby autoimmunologicznej garściami selenu. Ale może to li tylko przypadkowy przypadek. Tak, czy inak, lepiej mieć ten aspekt na uwadze i dobrze jest pytać specjalistów, zanim zastosujecie jakiś odjechany środek.

„– Doktorze, mam w uchu marchewkę.
– Jak to się stało?
– A bo ja wiem – ja siałem kalafiory.”

To nie całkiem dowcip. Znajoma udała się do laryngologa z jakimś stanem zapalnym uszu. Ten, zaskoczony, wydłubał jakąś substancję i pyta czy coś do uszu wkładała. A ta sobie przypomniała, że owszem, wtykała kulki z bułki pszennej na noc, bo zwykłe stopery nie działały. Potem była oburzona, bo oprócz recepty, lekarz wystawił jej skierowanie do psychiatry.
Wszyscy mamy sporo za uszami.

Przyznaję, że regularnie szukam wsparcia w naturalnych i ludowych sposobach. Ja akurat należę do frakcji ziółek, ziołopodobnych, filozielnych. A najlepsze są oczywiście naleweczki ziołowe, ze względu na wartość dodaną. Zioła mają sporą siłę oddziaływania, i dziś wiemy czemu, bo wiemy co się w nich znajduje. Moja frakcja dodatkowo wierzy, że dobre ziółka to coś więcej niż substancje, które zawierają. Oczywiście, na ziołach trzeba się znać, bądź korzystać z rad osób wykształconych w temacie. Zioła, jak wszystko, mogą być niekorzystne lub szkodliwe. Ponadto, równolegle ze wskazanymi zmianami w trybie życia, dyscypliną w żywieniu, myśleniu, biorę i wykorzystuję wszystko, co przynosi mi poprawę jakości życia. Chińska filozofia Pięciu Przemian, albo te odjechane przyrządy pomiarowe badające częstotliwość. Weryfikacja jest zawsze taka sama – korzystne wyniki badań i lepsze samopoczucie, znaczy się, mogę w to wejść. Niemniej wnioski z moich doświadczeń są dobre tylko dla mnie. Każdy musi sam sobie szukać rozwiązań, zachowując ostrożność i resztki rozumu. Wiecie, „mięso jednego człowieka …” 😀 😀

Ale nawet wybierając naturalne metody, nie mam złudzeń co do intencji bezlitosnej Natury z jej okrutną statystyką i ponurym rachunkiem prawdopodobieństwa. Mać Natura wespół z wujkiem Losem według sobie tylko znanych zasad przeznaczają niektórych z nas na odstrzał. Komu pech temu w drogę, i nie ma dyskusji. Co prawda skutecznie od lat się z Naturą i Losem przekomarzamy, ale ostatecznie nie wygramy. Możemy sobie tupać nogami, szukać winnych i wygrażać rozmaitym podmiotom oraz pławić się ze strachu w iluzji. Pech jest pech. Nie wszystkim się udaje.

Z całego serca życzę każdemu zdrowia i dobrostanu. Mało tego, jestem człowiekiem Wiary, więc życzę ci cudów. Ale przypomnij sobie człowieku, a potem codziennie znów przypominaj, że żyjesz w świecie cudów. Jedna z najprostszych rzeczy na świecie to przyzwyczaić się do luksusu i bezpieczeństwa. To fatalnie wpływa na pamięć. Dlatego bardzo łatwo zapominamy, że ludzie kiedyś umierali na choroby, które dziś nie stanowią zagrożenia, bo mamy leki, narzędzia, wiedzę, których kiedyś nie było. W latach 70ych polio, a nawet gdzieniegdzie wścieklizna były jeszcze tematami rozmów przy stole. A to, że dziś na ten temat się nie mówi, albo opowiada niestworzone rzeczy, to niepożądany skutek uboczny odporności zbiorowej.

Ludzie żrą za dużo leków, wszyscy to wiemy. I być może powinniśmy wprowadzić reguły w służbie zdrowia, które umożliwią lekarzom egzekwowanie od pacjentów zmiany trybu życia i nawyków. To nie oznacza, że możemy wciskać kity, że życie zgodne z naturą załatwi wszystko, a dolegliwości przejdą same. No, chyba, że to przeziębienie albo sraczka trzydniówka. Na szczęście, mimo, iż wszyscy uwielbiamy iluzje i myślenie życzeniowe, ludzie na ogół nie podejmują ryzyka bezczynnego oczekiwania na cudowne uzdrowienie i idą po pomoc. Chociaż, z drugiej strony, powrót do równowagi i dobrostanu nie polega wyłącznie na leczeniu się, ale wygrzewaniu (jak mówiła moja Babcia i jedna szamanka z Ukrainy, swoje trzeba wykaszleć), wypoczynku i regeneracji, ziółkach, rehabilitacji. A równolegle – zmianie nawyków w myśleniu, jedzeniu i działaniu.

No właśnie. Tak to niepostrzeżenie doszliśmy do ciekawego paradoksu przedsiębiorstw produkujących leki. Firmy farmaceutyczne to wielki biznes. Jeżeli życie to krwawy sport zawodowy, to świat biznesu jest jak zawodowy krwawy matrix. Cały wielki biznes dba o nasze zadowolenie 😀 😀 , żerując na naszej tępocie, chciwości i lenistwie. Wystarczy, że nazwiemy to odpowiednio: zaufanie, ambicja i komfort, he he, i jedziemy. Bez konsumpcji ponoć zawali się gospodarka, więc dzielnie kupujemy, żremy i śmiecimy, spełniając nasz obywatelski obowiązek. Z upodobaniem również wcinamy garście leków, bez głębszej refleksji nad ich oddziaływaniem. Z drugiej strony cała armia fajnych ludzi żyje dziś tylko dzięki lekom, które kiedyś ktoś obmyślił, zbadał i na koniec wyprodukował. I nie mówię tylko o chorobach przewlekłych, ale również doraźnych sytuacjach zagrożenia zdrowia lub życia, w których prawie każdy z nas albo ktoś z naszych bliskich kiedyś się znalazł, lub znajdzie. Ach, te koncerny pigułkowe, z nimi ciężko, a bez nich jeszcze gorzej. Więc poluzujmy ździebko pośladki.

Co nie znaczy, że mamy stracić czujność. Przypomnę krucjatę dr Bena Goldacre z poprzedniego odcinka. Koleś jest o tyle ciekawy, że zasłynął jako nieustraszony pogromca alternatywnej medycyny, ale uczciwie krytykuje firmy farmaceutyczne za wybiórczość w dzieleniu się wynikami badań, co pozbawia lekarzy pełnej wiedzy na temat tego, co chcą podać pacjentom. A to przecież tylko jeden przykład na fatalne skutki mariażu wielkiego biznesu ze zdrowiem.

Mały wtręcik. Mam taką (nie)jedną słabość, uwielbiam i kolekcjonuję teorie konspiracyjne. Również puszczam czasem nowe koniektury spiskowe w obieg. Jest to fascynujące zjawisko społeczne i daje znakomity wgląd w ludzką naturę. Poza tym, nigdy nie wiadomo … jak się któraś teoria okaże praktyką, to lepiej być przygotowanym, no nie? 😀 😀 . Rzecz jasna, firmy farmaceutyczne są nawracającym tematem koncepcji spiskowych i tak już musi być. Same sobie na to zapracowały, a poza tym, jakoś musimy wyrzucić z siebie frustracje.
Jednak uporczywe agresywne odwoływanie się do wielkiego spisku producentów leków powinno budzić czujność. Bowiem zwykle jest to element strategii promocyjnej jakichś edeńskich, niezawodnych produktów. Być może mają one jakieś dobroczynne działanie, być może nie. Chodzi o refleksję i krytyczne podejście. Bo na pewno nie stanowią one konkurencji dla leków. Jedynym zagrożeniem dla koncernów pigułkowych byliby ludzie, którzy zdołaliby przekonać współplemieńców do zdrowego trybu życia. Zdrowy tryb życia = myślenie przed jedzeniem, chociaż trochę ruchu na świeżym powietrzu, kontakt z Naturą, spokój umysłu, wyciszenie, wyhamowanie, wgląd i zmiana nawyków, gimnastyka umysłu, życzliwe życie towarzyskie, bo w kupie raźniej, gry planszowe, regularne badania kontrolne. Więc koncerny nie mają się czego obawiać, bo my jesteśmy zbyt wygodni, żeby zmienić swoje przyzwyczajenia, ulubienia i maniery.
Choć to zabrzmi gorzko i cynicznie, pominąwszy pecha, za który odpowiedzialny jest chłodny Los lub okrutna Natura, sami dla siebie jesteśmy największym zagrożeniem. Z naszą pychą, lenistwem i chciwością. A propos naszej tendencji do samozniszczenia, strasznie to smutne i ciężkie, że w naszej części świata jest tak ogromna liczba samobójstw, kilkakrotnie większa nawet od liczby zabójstw. A skąd to wszystko? Może przez powszechną samotność i egoizm? Czyli znalazłoby się parę rzeczy, które od nas zależą i można by spróbować nad nimi popracować, zanim się rozejrzymy za nowymi spiskami.

Wreszcie, apelując niezmiennie do ludzi, żeby korzystali z dobrodziejstw medycyny, nie zapominam, że jest ona częścią systemu, więc niejedno ma oblicze. Z jednej strony, skupieni na swoich dolegliwościach, niecierpliwi i wiecznie rozczarowani, bardzo łatwo zapominamy, że ten system jest pełen wybitnych specjalistów, których wiedza i umiejętności są ponad wyobrażenie takiego przeciętnego człowieka, jak np., ja. Pełen zaangażowanych ludzi, którym inni zawdzięczają życie i zdrowie, ale czy pamiętamy o wdzięczności? Pewnie rzadko się zastanawiamy ile siły ducha wymaga praca z ludźmi w trudnych momentach ich życia, z ich niepewnością, czy bólem.
Z drugiej strony, nawet najbardziej kompetentny i zaangażowany fachowiec jest bezradny, gdy medycyna nie zna rozwiązania jakiegoś problemu. Poza tym, wśród armii porządnych ludzi znajdą się i typy aspołeczne, pazerne i nieludzkie, a i zła wola też się zdarza. A pomyłki w historii nauki i medycyny, lokalne i globalne? A ponad wszystko, raczej prędzej niż później niejeden skuteczny plan rozbije się o ścianę, jaką jest brak kasiory w systemie opieki zdrowotnej. Ot, co.

I tak to się jakoś często składa, że człowiek, wciąż pragnący żyć bez cierpienia i lęku, sam sobie szuka rozmaitych sposobów ratunku. Zresztą, poszukiwanie jest częścią naszej prawdziwej natury. Od niepamiętnych czasów pielęgnujemy taką teorię konspiracyjną, że gdzieś jest (lecz nie wiadomo gdzieeee) eliksir szczęścia i dobrego samopoczucia, czyli tani i szybki sposób na to, żeby być pięknym i zdrowym. Dlatego rozmaite pomysły na genezę chorób i koncepcje niosące nadzieję na cudowne osiągnięcie dobrostanu zawsze będą przyciągały uwagę. Może warto czasem krytycznie, ale na spokojnie się przyjrzeć, czy jest w nich jakiś ciekawy punkt zaczepienia, pamiętając o złożoności człowieka i nieodgadnionej do dziś tajemnicy istnienia.

Źródełka i takie różne:
Skaldowie, „Nie ma szatana”; słowa: Agnieszka Osiecka; muza: Andrzej Zieliński.
Jerzy Jurandot, „Moja Tfurczość”, Iskry, Warszawa 1966.